Start  /  Aktualności  /  Warto wiedzieć

Bitwa pod Waterloo(18 czerwca 1815)

Fragment rozdziału: Koniec świata szwoleżerów 

Wojsko Polskie w służbie Napoleona. Gwardia: szwoleżerowie, Tatarzy, eklererzy, grenadierzy

 „O Waterloo, ponura równino!” – pisał w słynnym wierszu Wiktor Hugo, który najlepiej bodaj z ludzi pióra oddał dramatyzm ostatniego aktu wojen napoleońskich. Na tej ponurej równinie (morne plaine) kończyła się również historia polskiego pułku szwoleżerów, a właściwie jego pogrobowców – najwierniejszych z najwierniejszych.

Do pierwszego boju polskiego szwadronu doszło 15 czerwca koło Quatre-Bras, na które Ney usiłował bez powodzenia zepchnąć Anglików, by następnie zgnieść flankę Prusaków. Dzień później Polacy nie wzięli udziału w walkach 84 pod Ligny, gdzie Colbert odniósł ranę na oczach szwadronu służbowego.

 Przyszedł wreszcie 18 czerwca, dzień Waterloo. Z pisanego 20 lat później listu oficera pułku Antoine’a Fortuné de Bracka wiemy, że cztery pułki konnej gwardii (byli jeszcze grenadierzy i dragoni), „tworzące dywizję pozostającą pod rozkazami marszałka Neya, stały razem przez cały dzień z wodzami w dłoni niedaleko drogi z Nivelle i nie ruszyły się aż do ataku brygady angielskiej Ponsonby’ego, ataku zrazu zaskakującego i dynamicznego, a potem tak zdecydowanie odpartego”.

 Rzeczywiście, po rozbiciu przez kirasjerów i lansjerów liniowych zbyt daleko zapędzonej ciężkiej jazdy angielskiej stojące w jednej linii pułki gwardii (lansjerzy na prawym skrzydle) wysunęły się nieco do przodu. I wówczas (ok. godziny 15.30), wedle de Bracka, nastąpił „jeden z tych niewiarygodnych przypadków (nadmierną aż autentyczność tego właśnie, potwierdzam), jeden z tych kaprysów wojny, które wywracają miary racjonalnej kalkulacji i ostrożności, a które wypełniają dość gęsto rozdział naszej krwawej historii; kaprysy te mogą doprowadzić do zwycięstwa, jeśli przenikliwość geniusza uchwyci je w początkowej fazie i zaakceptuje, udzielając wsparcia”. De Brack chciał tymi słowy uzasadnić rzecz do uzasadnienia trudną: na skutek wadliwego odczytania gestów zebranych przed pułkami oficerów czekająca w napięciu elita jazdy francuskiej... ruszyła do ataku bez rozkazu! Jej śladem poszli kirasjerzy. Marszałek Ney, którego oskarżano później o ową feralną decyzję, mógł już tylko wesprzeć jazdę sunącą na formujące się pospiesznie angielskie i szkockie. Rozpoczęło się długie bicie głową w mur „czerwonych kurtek” (Red Jackets), które nie przyniesie Francuzom powodzenia. Jak wspominał de Brack, „mówi się, że na lewo od nas dragoni i grenadierzy wdarli się w kilka czworoboków; nie widziałem tego, mogę jednak zaświadczyć, że my, lansjerzy nie mieliśmy podobnego szczęścia i że nasze lance krzyżowały się bezskutecznie z angielskimi bagnetami. Aby otworzyć czworoboki wielu naszych jeźdźców rzucało w pierwsze ich szeregi lancami jak  dzirytami”. Mimo pięciokrotnych ataków Brytyjczycy wytrwali (ciężka jazda też nie złamała czworoboków), a brak wsparcia własnej artylerii czy piechoty zmusił atakowanych przez jazdę i rażonych szrapnelami Francuzów do odwrotu. Pościgowy ruch angielskiej kawalerii zatrzymali lansjerzy gwardii, których długa broń skutecznie straszyła przeciwnika; wszak dopiero po Waterloo powstaną na Wyspach pierwsze uzbrojone w nią pułki.

W czasie odwrotu szwoleżerowie doświadczyli jeszcze sporu generałów (Colbert był ranny, egzaltowany Lefebvre nawoływał do samobójczego ataku, a rozsądny szaser François Lallemand chciał dotrzeć do twierdzy Maubeuge) oraz widoku oszołomionego klęską Napoleona. Po zanotowanym przez de Bracka krótkim i niezbornym dialogu z dowódcami „z ust jego padło kilka zdań, których nie usłyszałem, a na odgłos wystrzału oddanego gdzieś w tyle drogi, jeden z towarzyszących mu generałów pociągnął go za sobą i [cesarz] znikł z nam z oczu. Nasz ból sięgnął szczytu!”.

W następnych dniach Colbert szybko odtwarzał pułk w Beaumont, tak że 23 czerwca bojowe szwadrony liczyły już 30 oficerów i 525 lansjerów. Jednak dwa dni wcześniej przyszła wieść o abdykacji Napoleona...   

c